czwartek, 14 marca 2019

, , , , , , , , , , , , , , , ,   |  No comments  |  

W warzywniaku

Przyjechała do nas w styczniu Ewelina, mamy razem nowe mieszkanko, więc prędzej czy później musiały pojawić się tu jakieś nowe zdjęcia. I są. W niedzielę usłyszałam tylko: "chcę zrobić z tobą zdjęcia na straganach z owocami" i za wiele do gadania już nie miałam. I dobrze! Przytłoczona leniem nie miałam siły fatygować się na odległy o 40 minut piechotą targ, złożyłyśmy więc wizytę naszemu nowemu znajomemu z ulubionego warzywniaka (trzy opakowania borówek za funta!), wywołując przy okazji niezłą sensację wśród przechodniów i innych klientów. Dzień był wietrzny, przemarzłam na kość, ale efekt załączony poniżej był tego warty. No i do domu wróciłyśmy z siatami pełnymi owoców :)























Dajcie znać, co myślicie i czy macie ochotę na więcej lokalnych zdjęć z okolicy!



czwartek, 27 września 2018

, , , , , , , , , , , , ,   |  2 comments  |  

Pierwszy miesiąc w Londynie, czyli studia, Fashion Week i problemy, problemy, problemy...

Uffff, pierwszy miesiąc już za mną. A właściwie pierwszy miesiąc za mną już od tygodnia i to właśnie tydzień zbierałam się, żeby cokolwiek tu na ten temat napisać. Studia się już zaczęły, a ja mam coraz mniej i mniej czasu, żeby zabrać się za podsumowanie tego całego czasu jaki tu spędziłam, robię to więc teraz, na ostatnią chwilę, łapiąc cieknący przez palce czas. Więc od początku.

Kilka osób może widziało mój film, który wrzuciłam na YouTube. Ociekający żałością i skargą, doskonale opisuje moje pierwsze przejścia w dniu wylotu i zaraz po. Nie mam siły o nich pisać, ci, co widzieli, nie mają siły o nich czytać, wklejam więc link.

#STORYTIME - traumatyczna przeprowadzka do Londynu

Ale pierwsze dni minęły, a ja już bez groźby mieszkania pod mostem zaczęłam się powoli aklimatyzować. Próbowałam poznać ludzi, wychodzić z domu, czasem się udawało, czasem nie, próbowałam załatwiać formalności. AND LET ME TELL YOU. Jeśli jeszcze ktoś liczy na to, że przyjedzie przed Brexitem, w miesiąc znajdzie pracę i się osiedli, nie liczcie na to. Powiem tylko, że kolejki na NIN są ogromne (nie, nie poczekacie 3 dni, poczekacie miesiąc) a wyciąg z konta (koniecznie przesłany pocztą) wcale nie zawsze uznawany jest jako confirmation of adress - zainteresowani wiedzą, o co chodzi. Siedzę tu już miesiąc, nadal nie mam karty z NINem, konta ani pracy i nadal, ku mojej rozpaczy, żeruję na moich biednych rodzicach.

Ale nie taki Londyn zły, jak go malują. Będąc tutaj miałam okazję zobaczyć z bliska jak wygląda w oku przeciętnego człowieka London Fashion Week. W sumie nic ciekawego, jak się nie ma zaproszenia - kto by pomyślał, prawda? Ale wypad i tak nie był stracony, bo udało mi się zrobić zdjęcia fajnie ubranym ludziom i... protestującym. Z jakiego powodu protestowali? Żądają bowiem całkowitego zakazu pokazywania futer na LFW, ponieważ przypadkowy brak futer na tegorocznym jest not enough, ma nie być już nigdy, a nie że tak wyszło. Wrzucam kilka (lub nawet całkiem sporo) zdjęć, zjedź na dół dla wywodu ciągu dalszego.

























A jak to wygląda naprawdę?... 



Fashion Week Fashion Weekiem, integracja imprezowa integracją, ale po coś tu przyjechałam. Przyjechałam studiować. Więc tak o to dnia 25 wrześnie wyruszyłam na uczelnię na moje pierwsze zajęcia. W dniu dzisiejszym jestem już po ostatnich wykładach w tym tygodniu (tak, tak - na uczelni jestem 3 razy w tygodniu, zwykle na 3, max 4 godzinki) i... jest super. Nareszcie robię to, co lubię, słucham o tym, co lubię i mówię o tym, co lubię. Na wykładach czuję się nie jak w szkole, a raczej jak na Gurls Talk. Na zadanie domowe czytam artykuły, które normalnie czytam w czasie wolnym. Oby tak dalej.

Na koniec wszystkim zmartwionym dodam, że dojechał już do mnie mój chłopak. Co prawda w drodze z lotniska skradziono mu bagaż (w którym były jego najważniejsze leki i dokumenty, a jakże), ale już tu ze mną siedzi. Nie jest na razie zbyt zadowolony ze swoich studiów, ale trzyma się dzielnie. Uczymy się żyć ze sobą (bo czasem mycie naczyń czy zbieranie skarpetek okazuje się wcale nie oczywiste), czasem są starcia, częściej mimo wszystko nie ma. Teraz już tylko do przodu.

wtorek, 31 lipca 2018

, , , , , , , , , , , , , , , , , , ,   |  1 comment  |  

#wegelipiec: Idealna wegańska tarta cytrynowa



Może część z Was już wiedziała, że jestem weganką, inni pewnie nie, wielu też pewnie nie wie o mojej pasji do cukiernictwa i pieczenia, która rozwija się u mnie już blisko od roku. Zaskoczę was więc, publikując ten post, zupełnie inny niż wszystkie i niezwiązany z modą, bo... z przepisem na tartę. A może nikogo nie zaskoczę, biorąc pod uwagę, jak wiele zapytań o przepis na nią dostałam pod postami na moim kulinarnym instagramie (@budziabakes)? Więc oto jest. Przepis. Jedyny, idealny, taki, który zawsze wychodzi, smakuje wszystkim - od mięso- i mlekożerców po ortodoksyjnych wegan. Z moim własnym, autorskim kremem cytrynowym. Uwaga. Można się uzależnić.




Składniki na ciasto:

2,5 szklanki mąki (typ w zależności od preferencji)
1 szklanka cukru pudru (oczywiście w tej wersji trzcinowy)
kostka margaryny

Składniki na krem:

2 puszki mleka kokosowego
1/2 szklanki cukru pudru
łyżka oleju kokosowego (lub więcej, jeśli chcemy, by krem bardziej zastygł)
skórka i sok z 1 cytryny (sok dodajemy ostrożnie, sprawdzając smak)
opcjonalnie: łyżeczka kurkumy (barwi na żółto, dodajemy więcej, gdy krem ma mieć intensywniejszy kolor)


Mieszamy ze sobą wszystkie składniki na ciasto, wyrabiamy, aż powstanie jednolita masa. Następnie formujemy w kulę, owijamy folią i wstawiamy do lodówki na 1-2 godziny. Po tym czasie wyciągamy, wylepiamy nim formę i pieczemy w 180 stopniach aż zrobi się złocistobrązowe (ok. 30 min). Wyciągamy, zostawiamy do wystudzenia.

Mleko kokosowe musi przed rozpoczęciem pieczenia wystać swoje w lodówce, najlepiej całą noc. Jest to kluczowe przy robieniu kremu, bez tego nie wyjdzie! Do wysokiego naczynia dodajemy wszystkie składniki na krem oprócz soku. Miksujemy na wysokich obrotach, aż powstanie kokosowa bita śmietana. Następnie dodajemy sok, sprawdzając smak - łatwo z nim przesadzić, po czym wylewamy krem na wystudzone ciasto i wstawiamy do lodówki na kilka godzin, a najlepiej na całą noc.

I już. Banalnie proste, a efekt przerasta oczekiwania.

Pod spodem kilka propozycji dekoracji, czyli ten sam smak w dwóch wersjach. Którą wolicie? :)





poniedziałek, 14 maja 2018

, , , , , , , , , , , , , , , , , , ,   |  No comments  |  

Co w kwiatach piszczy

Lato przyszło szybciej niż wszyscy mogli się spodziewać, a wraz z nim wysokie temperatury, które sprawiły, że kwiaty szybko zakwitły i... szybko przekwitają. Dlatego prawie nie załapałam się z moją wizją na zdjęcia w prostych ubraniach o naturalnych tonach na tle kwiatów. Akacje już na wpół zwiane, rzepak już się zieleni, ale mimo wszystko wizja zrealizowana. Efektem kwieciste zdjęcia i kilka trendów z sezonu wiosna/lato.




W tym sezonie szczególnie widać powrót neutralnych kolorów ziemi. Beże, biele, brązy i dżins idą w parze z geometrycznymi kształtami, bufiastymi rękawami i nietypowym krojem ubrań. Już nie tak ważny jest print, teraz liczy się sztuka krawiecka.




Jednym z trendów w którym szczególnie się zakochałam jest gorset pozbawiony miseczek. Oryginał firmy Orseund Iris noszą takie gwiazdy jak Bella Hadid czy Kylie Jenner. Mój budżet jest jednak trochę mniejszy niż ich, zadowoliłam się więc podobnym z Aliexpress. Gorsety w tym samym stylu oferuje również Asos.





Lato to wakacje, wakacje to morze, morze to kapelusze. W tym sezonie furorę robią te największe, jak u Jacquemus. Mój jest nieco mniejszy, jednak nadal słomiany, trend uznaję za zaliczony.








Jednym z moich faworytów jest również dżinsowa koszula kupiona rok temu w Zarze. Tego lata okazuje się bardziej aktualna i adekwatne niż kiedykolwiek poprzez swoje bufiaste rękawy (czy ktoś zauważył już jak bardzo kocham duże, szerokie rękawy?)






Krótko i zwięźle o moich ulubieńcach. Nie przepadam za filmikami na YouTube typu "ulubieńcy miesiąca", ale chyba też padłam ofiarą tego schematu. No bo jak tu się nie podzielić, gdy nowy sezon oferuje tyle rozwiązań bliskich mojemu sercu?

czwartek, 15 lutego 2018

, , , , , , , , , , , , , , ,   |  1 comment  |  

VOGUE Polska - hit czy kit?



Informacja o tym, że w końcu doczekamy się polskiej edycji magazynu VOGUE była jednym z najgorętszych newsów w polskim świecie mody. Od tygodni krążyły plotki, podejrzenia, próby przewidzenia bohaterów z okładki czy treści. I w końcu... jest. Wyczekany, wymarzony, upragniony polski VOGUE. W sieci zawrzało, a do tej wrzawy zamierzam przyczynić się i ja. Zapraszam na moją subiektywną opinię.


                                           


Jak tylko dotarła do mnie wiadomość o wychodzącym pierwszym numerze, oczywistym było dla mnie, że muszę go dostać najszybciej jak się tylko da, nie zastanawiając się więc długo, od razu zamówiłam preorder. I... tu właśnie pojawiło się pierwsze potknięcie VOGUE'a. Wszystkie zamówione w preorderze egzemplarze dotarły bowiem do czytelników nie przed premierą (co byłoby w zrozumiałe), ani nawet nie w dniu premiery, jak nam obiecywano, ale dzień po. W tym przypadku zatraca się cały sens zamawiania numeru w preorderze, bo po co, skoro każdy mógł sobie podejść do kiosku, po prostu go kupić i mieć szybciej niż w tej formie? Nie doczekaliśmy się również żadnego sprostowania czy komentarza od redakcji, co jest już lekko nietaktowne. Ale po całym oczekiwaniu numer pierwszy dotarł do mnie w końcu dzisiaj rano, przejdźmy więc dalej.





Całość przyszła zapakowana w bardzo ładną, minimalistyczną kopertę, za to duży plus :D Najbardziej chyba kontrowersyjnym elementem pierwszego wydania była od początku publikacji okładka. Dość minimalistyczna, utrzymana w szarych barwach, z dwiema polskimi top modelkami (Małgosią Belą i Anją Rubik), usłyszała wiele słów krytyki. Zarzuca się jej podkreślanie stereotypu o szarości i smutku naszego kraju, wytyka się rosyjskie pochodzenie Pałacu Kultury i Nauki, będącego w tle oraz czarnej wołgi. Pojawiają się złośliwe komentarze o szczycie pałacu tonącym w smogu i wygłodzeniu Anji, wielu nie podoba się też fakt, że okładkowe zdjęcie zostało zrobione nie przez polskiego, lecz niemieckiego fotografa - Juergena Tellera. 


                  
Źródło: www.spidersweb.pl


Co ja o tym sądzę? Nie przeszkadza mi szarość okładki ani czarna wołga, jednak tym co od początku kłuje mnie w oczy jest krzywy pałac kultury. Rozumiem myśl artystyczną, jednak moim zdaniem wygląda to bardziej jak błąd amatora niż geniusz wielkiego artysty. Po przemyśleniu sprawy żałuję również, że okładki nie wykonał polski fotograf, a mamy tylu znakomitych, jak choćby wsławiona i genialna Zuza Krajewska, która i tak jest autorką jednej z sesji w tym numerze. Zajrzyjmy jednak do środka.





Nie chcę pisać żadnych spoilerów, nie sfotografuję też środka, powiem więc tylko, że artykuły napisane są bardzo przyjemnie, podoba mi się ich edukacyjna modowo strona, są również naprawdę ciekawe i przekazujące konkretną treść. Tu niestety pojawia się jednak mój kolejny zarzut, mówiąc dokładnie, polityka. Jak wiadomo, VOGUE jest pismem raczej kobiecym, skupiającym się głównie na modzie, trochę na urodzie, również na kulturze, o tym chcę więc czytać. Polityki mamy dość w telewizji, radiu czy internecie, sięgam po VOGUE'a by o niej zapomnieć. Tymczasem otrzymuję wyraźną sugestię w którą stronę polityczną skłania się magazyn. Żeby nie było - jestem świadoma tego, że moda i polityka coraz częściej się ze sobą przeplatają, w dzisiejszych czasach odseparowanie całkowite mody od polityki byłoby niemożliwe przy kierunku w który moda zmierza. Rozumiem walkę z dyskryminacją, walkę o prawa kobiet itd., jednak pismo wielokrotnie jednoznacznie naznacza rzeczy będące w obecnej polityce naszego kraju dość subiektywne i płynne. Za to duży minus.





Nie jestem również zadowolona z sesji Juergena Tellera zaprezentowanej w środku magazynu. Jestem jak najbardziej fanką nowoczesnego, surowego stylu, w jakim zdaje się podążać fotograf, jednak zdjęcia ważnych Polaków robione komórką to dla mnie już przesada. Rozumiem tę kontrowersję, nie boję się jej, uważam jednak, że na kontrowersje może sobie pozwolić dopiero pismo z już wypracowaną renomą. Polski VOGUE tej renomy jeszcze nie ma. Otrzymaliśmy dopiero pierwszy numer, nic jeszcze nie wiemy o tym, czy polska edycja będzie dotrzymywać kroku zagranicznym. Sam tytuł nie stworzy pismu poziomu, ono musi go sobie stworzyć samo, zapracować na niego. Tyle kontrowersji w pierwszym numerze, który przejdzie do polskiej modowej historii? Moim zdaniem to krok za daleko.

Ostatni szczegół minusujący VOGUE'a to małe niedociągnięcia edytorskie. To już trochę czepianie się szczegółów, nie żeby przeszkadzało mi to jakoś bardzo, ale gdzieniegdzie pojawiają się błędy w tekście, jak gdyby premiera nadeszła szybciej, niż się spodziewano, i wszyscy kończyli pracę w pośpiechu.





Ogólnie bardzo się cieszę, że dostaliśmy w końcu swojego VOGUE'a. Najwyższy czas, chciałoby się powiedzieć. Jestem dumna z tego kroku i gorąco kibicuję redakcji. Wszystkie wymienione wyżej wady nie są w stanie przysłonić mojej euforii, ekscytacji i oczekiwań na przyszłość związanych z polską edycją magazynu. Liczę na to, że po pierwszych potknięciach nasz VOGUE poszybuje w górę i zajmie swoje miejsce na wyżynach obok zagranicznych edycji :)

P.S. Czy ktoś zauważył cały proces picia porannej kawy na zdjęciach? :P