czwartek, 15 lutego 2018

, , , , , , , , , , , , , , ,   |  1 comment  |  

VOGUE Polska - hit czy kit?



Informacja o tym, że w końcu doczekamy się polskiej edycji magazynu VOGUE była jednym z najgorętszych newsów w polskim świecie mody. Od tygodni krążyły plotki, podejrzenia, próby przewidzenia bohaterów z okładki czy treści. I w końcu... jest. Wyczekany, wymarzony, upragniony polski VOGUE. W sieci zawrzało, a do tej wrzawy zamierzam przyczynić się i ja. Zapraszam na moją subiektywną opinię.


                                           


Jak tylko dotarła do mnie wiadomość o wychodzącym pierwszym numerze, oczywistym było dla mnie, że muszę go dostać najszybciej jak się tylko da, nie zastanawiając się więc długo, od razu zamówiłam preorder. I... tu właśnie pojawiło się pierwsze potknięcie VOGUE'a. Wszystkie zamówione w preorderze egzemplarze dotarły bowiem do czytelników nie przed premierą (co byłoby w zrozumiałe), ani nawet nie w dniu premiery, jak nam obiecywano, ale dzień po. W tym przypadku zatraca się cały sens zamawiania numeru w preorderze, bo po co, skoro każdy mógł sobie podejść do kiosku, po prostu go kupić i mieć szybciej niż w tej formie? Nie doczekaliśmy się również żadnego sprostowania czy komentarza od redakcji, co jest już lekko nietaktowne. Ale po całym oczekiwaniu numer pierwszy dotarł do mnie w końcu dzisiaj rano, przejdźmy więc dalej.





Całość przyszła zapakowana w bardzo ładną, minimalistyczną kopertę, za to duży plus :D Najbardziej chyba kontrowersyjnym elementem pierwszego wydania była od początku publikacji okładka. Dość minimalistyczna, utrzymana w szarych barwach, z dwiema polskimi top modelkami (Małgosią Belą i Anją Rubik), usłyszała wiele słów krytyki. Zarzuca się jej podkreślanie stereotypu o szarości i smutku naszego kraju, wytyka się rosyjskie pochodzenie Pałacu Kultury i Nauki, będącego w tle oraz czarnej wołgi. Pojawiają się złośliwe komentarze o szczycie pałacu tonącym w smogu i wygłodzeniu Anji, wielu nie podoba się też fakt, że okładkowe zdjęcie zostało zrobione nie przez polskiego, lecz niemieckiego fotografa - Juergena Tellera. 


                  
Źródło: www.spidersweb.pl


Co ja o tym sądzę? Nie przeszkadza mi szarość okładki ani czarna wołga, jednak tym co od początku kłuje mnie w oczy jest krzywy pałac kultury. Rozumiem myśl artystyczną, jednak moim zdaniem wygląda to bardziej jak błąd amatora niż geniusz wielkiego artysty. Po przemyśleniu sprawy żałuję również, że okładki nie wykonał polski fotograf, a mamy tylu znakomitych, jak choćby wsławiona i genialna Zuza Krajewska, która i tak jest autorką jednej z sesji w tym numerze. Zajrzyjmy jednak do środka.





Nie chcę pisać żadnych spoilerów, nie sfotografuję też środka, powiem więc tylko, że artykuły napisane są bardzo przyjemnie, podoba mi się ich edukacyjna modowo strona, są również naprawdę ciekawe i przekazujące konkretną treść. Tu niestety pojawia się jednak mój kolejny zarzut, mówiąc dokładnie, polityka. Jak wiadomo, VOGUE jest pismem raczej kobiecym, skupiającym się głównie na modzie, trochę na urodzie, również na kulturze, o tym chcę więc czytać. Polityki mamy dość w telewizji, radiu czy internecie, sięgam po VOGUE'a by o niej zapomnieć. Tymczasem otrzymuję wyraźną sugestię w którą stronę polityczną skłania się magazyn. Żeby nie było - jestem świadoma tego, że moda i polityka coraz częściej się ze sobą przeplatają, w dzisiejszych czasach odseparowanie całkowite mody od polityki byłoby niemożliwe przy kierunku w który moda zmierza. Rozumiem walkę z dyskryminacją, walkę o prawa kobiet itd., jednak pismo wielokrotnie jednoznacznie naznacza rzeczy będące w obecnej polityce naszego kraju dość subiektywne i płynne. Za to duży minus.





Nie jestem również zadowolona z sesji Juergena Tellera zaprezentowanej w środku magazynu. Jestem jak najbardziej fanką nowoczesnego, surowego stylu, w jakim zdaje się podążać fotograf, jednak zdjęcia ważnych Polaków robione komórką to dla mnie już przesada. Rozumiem tę kontrowersję, nie boję się jej, uważam jednak, że na kontrowersje może sobie pozwolić dopiero pismo z już wypracowaną renomą. Polski VOGUE tej renomy jeszcze nie ma. Otrzymaliśmy dopiero pierwszy numer, nic jeszcze nie wiemy o tym, czy polska edycja będzie dotrzymywać kroku zagranicznym. Sam tytuł nie stworzy pismu poziomu, ono musi go sobie stworzyć samo, zapracować na niego. Tyle kontrowersji w pierwszym numerze, który przejdzie do polskiej modowej historii? Moim zdaniem to krok za daleko.

Ostatni szczegół minusujący VOGUE'a to małe niedociągnięcia edytorskie. To już trochę czepianie się szczegółów, nie żeby przeszkadzało mi to jakoś bardzo, ale gdzieniegdzie pojawiają się błędy w tekście, jak gdyby premiera nadeszła szybciej, niż się spodziewano, i wszyscy kończyli pracę w pośpiechu.





Ogólnie bardzo się cieszę, że dostaliśmy w końcu swojego VOGUE'a. Najwyższy czas, chciałoby się powiedzieć. Jestem dumna z tego kroku i gorąco kibicuję redakcji. Wszystkie wymienione wyżej wady nie są w stanie przysłonić mojej euforii, ekscytacji i oczekiwań na przyszłość związanych z polską edycją magazynu. Liczę na to, że po pierwszych potknięciach nasz VOGUE poszybuje w górę i zajmie swoje miejsce na wyżynach obok zagranicznych edycji :)

P.S. Czy ktoś zauważył cały proces picia porannej kawy na zdjęciach? :P



1 komentarz:

  1. Świetnie że ktoś się zabrał za opisanie tej gazety! Przyznam, że sama przymierzałam się powolutku do zakupu, bo w końcu - co by nie powiedzieć - jest to wydarzenie. Osobiście nie zagłębiałam się nigdy zbyt mocno w temat mody, a jak widać szkoda, bo spoglądając przez pryzmat tej recenzji, czuję jakbym sama siebie wykluczyła z jakiegoś fragmentu świata. Również byłam zdziwiona krzywym PK, i początkowo sądziłam że to po prostu mózg sprawia mi figla - a tu jednak nie XD. Pozwolę sobie też zauważyć, że to chyba jeden z dłuższych wpisów jeżeli chodzi o ilość tekstu - piszesz ślicznie, i mam nadzieję na więcej takich postów ^^.

    OdpowiedzUsuń